sobota, 14 marca 2015

                                                   PROLOG
      Widzę twarze tych nieszczerych obrzydliwych istot, które co chwila chodzą gdzie chcą. Widzę ich minę patrzącą się na mnie. Krzywią im się usta, jakby połknęli cytrynę. Nie chcą nic mówić, a jednak otwierają im się usta. Jednak nie powiedzieli. Szli dalej uśmiechnięci że mogli podziwiać ludzkie piękno. Jadę i widzę istoty przytulające się do siebie, uśmiechające się. Nie przejmują się niczym nie przejmują się tym co się za chwilę stanie. Patrzyłam się na ludzi  aż obraz zrobił mi się niewyraźny. 
To przez płacz, który co chwile cisnął mi się do oczów. To nic, to tylko płacz. A jednak coś. 
Wysiadłam i zaczęłam biec do pobliskiego parku. Tam, tam zawsze miałam ukojenie. Tam gdzie wydarzył się zabójstwo. Tam gdzie jest tyle brutalności. A jednak coś pozostało. 
Szukam go. Szukam tego, który zadał mi tyle ciosu. Tyle bólu, który pomagał mi się co chwila wycofywać.  Znalazłam. Był tam. Był w miejscu gdzie zawsze stało się naszym bożkiem. To tam było. Podbiegłam do niego i zaczęłam go szarpać w chwili, gdy płacz lał mi się jak deszcz podczas burzy.  
-Uspokój się. Jesteś pod wpływem narkotyków- usłyszałam głos. 
Nie pomogły. Zaczęłam mocniej bić bo przynosiło mi ukojenie. Przynosiło mi coś. Straciłam siłę. Upadłam na ziemię a on się nade mną pochylił. Podarował mi pocałunek w usta i powiedział:
-Wszystko będzie dobrze.
Jednak ja wiem że nic nie będzie dobrze. On dalej drugą zawartość morfiny wstrzyknął mi w rękę. Poczułam ból aż wreszcie pojawił się uśmiech na mojej twarzy. Bluśnierski uśmiech.
-Nie uda ci się ze mną wygrać-powiedziałam.
Jednak on nie odpowiedział wziął mnie na ręce i po chwili  zasnęłam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz